|
|
|
There are no translations available. Mecenas Ładu PrzestrzennegoTekst: Izabela Kamińska; Data publikacji: 06/2009
Andrzej Markowski: Lubię i to bardzo. To jest zawód moich marzeń. Niestety wiąże się on z ciągłymi stresami, ale cóż, trzeba to wliczyć w koszty. A gdyby nie architektura? To pewnie byłaby to jakaś pokrewna działalność. Plastyka, muzyka i architektura to bardzo bliskie dziedziny, w obydwu możemy mówić o rytmie, nastroju i kompozycji… ![]() Jakie były Pana początki? Już w liceum wszystkim było wiadome, że interesuje mnie tylko psychologia i psychiatria, i z tymi dziedzinami chcę związać swą przyszłość. Byłem w tym postanowieniu bardzo konsekwentny, aż do momentu, kiedy wyjechałem na plener ze znajomymi, którzy chcieli zdawać na ASP. Pomyślałem wówczas, że sztuka może być ciekawym pomysłem na życie również dla mnie. Ponieważ ukończyłem klasę o profilu matematyczno - fizycznym i byłem dobrze zorientowany w sprawach technicznych, zdecydowałem się zdawać na architekturę. Dziś po latach mogę powiedzieć, że nie żałuję. ![]() Czy wykształcenie jest ważne? Tak, jest ono bardzo ważne. Nie wiem jak dziś wygląda nauka na Politechnice Warszawskiej, ale muszę powiedzieć, że ja zostałem bardzo gruntownie przygotowany do zmierzenia się z poważną architekturą. Gdy po studiach wyjechałem do pracy we Francji wyróżniałem się w tamtejszej pracowni architektonicznej, choćby umiejętnością szybkiego szkicowania swoich pomysłów i koncepcji. Pomimo tego, iż polskim uczelniom zarzuca się, że studenci otrzymują zbyt mało wiedzy na temat teorii architektury, a główny nacisk kładzie się na rzemiosło, to na swoim przykładzie widzę, że ten „fach w rękach” jest bardzo przydatny. Oczywiście nie możemy zapominać o teorii i sporach o wartościach w architekturze, bo z tego rodzą się najlepsze pomysły. Ale same pomysły to za mało. ![]() A co najbardziej ogranicza architektów? Pomijając ograniczenia własne, mentalne, to jest szereg różnych rzeczy, które nas ograniczają. Chyba najtrudniej jest się pogodzić z ograniczeniami finansowymi, wprowadzanymi przez inwestora. Oczywiście klienci kierują się interesem ekonomicznym i mają do tego święte prawo, jednak najczęściej wpływa to negatywnie na jakość budynku. Niestety pieniędzy w kieszeni inwestora ubywa w trakcie budowy i w momencie kulminacyjnym, kiedy jest czas na „dopieszczanie” strony estetycznej budynku trzeba dokonywać poważnych cięć. Myślę, że nadal brak jest w naszym społeczeństwie tej świadomości, że warunki estetyczne również wpływają na późniejszą cenę wynajmu, bądź sprzedaży konkretnej przestrzeni. Przekornie muszę przy okazji powiedzieć, że brakuje mi ograniczeń ze strony administracji miasta. Uważam, że bardzo mało jest wymagań w planach miejscowych, szczegółowych, które w dodatku są źle zrobione i bardzo niekonsekwentne. Mimo, iż daje to architektom większą swobodę, to niestety cierpi na tym ład przestrzenny, cierpi miasto, cierpią mieszkańcy. Polska jest krajem o niezwykle zdewastowanym krajobrazie. Podczas mojej pięcioletniej pracy w Luksemburgu przeklinałem tamtejsze normy, które bardzo osaczały projektantów, nie pozwalając na duże zmiany w strukturze miejskiej. Aby znaleźć jakąś nowocześniejszą formę trzeba się było mocno gimnastykować. Z perspektywy czasu widzę jednak, że to rygorystyczne podchodzenie do sprawy może uratować miasto. Jak wygląda kondycja współczesnej architektury? Czy dostrzega Pan jakiś trend, którym kierują się dziś architekci? Staram się bardzo ostrożnie podchodzić do prostych pojęć, niechętnie definiuję i oceniam. Kiedy zdecydowałem się zdawać na architekturę ktoś z rodziny podarował mi podręcznik historii architektury z 1935 roku. Stanowisko przedstawiane w tym podręczniku zdecydowanie różniło się od tego, czego później uczyłem się na studiach i od tego, co dziś uważa się o architekturze. Podręcznik bardzo szczegółowo omawiał sztukę Grecji i Rzymu, architekturę romańską, gotycką. Renesans był jeszcze taką rozpaczliwą próbą nawiązania do korzeni greckich, barok kompletną degrengoladą idei renesansu, natomiast XIX wiek stał się zupełnym śmietniskiem różnych stylów, objawiającym radykalny upadek architektury. Podczas moich studiów doceniano już renesans, barok i poszczególne style, jednak wyburzano dziewiętnastowieczne kamienice. Myślę, że w wielu miastach nasza administracja zniszczyła więcej starych budowli, aniżeli poległo ich w czasach drugiej wojny światowej. Dziś rynek architektury wygląda jeszcze inaczej, architekci mają zupełną swobodę, mogą wymyślać nowe rzeczy, mogą łączyć różne style. Trudno jest mi to podsumować, chyba w tym względzie musi się wykazać następne pokolenie. ![]() Docenia Pan dziewiętnastowieczne kamienice, a jaką wartość architektoniczną ma dla Pana polski dwór? Polskie dwory to nasze korzenie. Podchodzę do tych budowli z pietyzmem i z wielkim uwielbieniem. Renesansowe i barokowe dwory są świetnie przemyślane i posiadają znakomite rozwiązania funkcjonalne. Począwszy od ich rozmieszczenia na działce, poprzez układ pomieszczeń. Są to niezwykle naturalne i rozwijające się formy, same w sobie doskonałe. Czy można mówić o „pięknie” w architekturze? Oczywiście! Architektura bez piękna nie istnieje. Myślę, że tendencja turpizmu, polegająca na kulcie brzydoty, szokowaniu estetycznym, która pojawiła się w sztuce w drugiej połowie XX wieku, w architekturze nie mogłaby zaistnieć. Jak powiedział Dostojewski „piękno zbawi świat” ![]() A jaka architektura zdaniem Pana jest „piękna”? Estetyczna, przemyślana i konsekwentnie realizowana. Ale to nie wystarczy, musi mieć to coś, iskrę Bożą, jakiś przebłysk z innego świata, jak by tego nie nazwać – to warunek jeżeli mówimy o prawdziwym pięknie. …architektura i detale łączą się w szczególny sposób z biologią. Przypominają wielkiego łosia lub pstrąga…aby rybia ikra rozwinęła się w dorosły organizm, trzeba czasu, podobnie jak trzeba czasu, aby rozwinęło się i wykrystalizowało wszystko w naszym świecie myśli. To słowa fińskiego architekta i projektanta Alvara Aalto, który swą twórczością istotnie wpłynął na rozwój architektury współczesnej. A jak Pan postrzega własny proces koncentracji i kreacji? Cieszę się, że cytuje tu Pani Alvara Aalto, ponieważ jego budowle w dużym stopniu wpłynęły na to, że dziś jestem architektem. W trzeciej klasie liceum wybrałem się na moją pierwszą poważną wyprawę zagraniczną do Finlandii. Niestety pechowo weszła w życie wówczas ustawa o nie zatrudnianiu cudzoziemców, ze wschodniego bloku w szczególności. Rodzina uzbierała mi na wyjazd jakieś pięćdziesiąt dolarów, coś tam udało się dorobić na „czarno” sprzątając, pracując w knajpach. Kiedy zebrałem odpowiednią sumę wyruszyłem stopem w podróż po Finlandii. Obejrzałem wówczas niemalże wszystkie prace Aalto i oczywiście wielu innych architektów, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Do dziś niezwykle cenię skandynawskie podejście do projektowania. Wracając do procesu projektowego, to zgadzam się tu w z zupełności ze słowami tego fińskiego architekta. Czas jest niezbędny, aby mogło się „coś” wykluć i wykrystalizować, a cały proces projektowania i dochodzenia do właściwego rozwiązania zawsze kojarzył mi się z organicznym wzrastaniem i rozwojem. ![]() Który z projektów był Pana największym wyzwaniem? Zdecydowanie była to współpraca z Panem Andrzejem Wejchertem nad budynkiem ITI. Ten projekt przyszedł w sposób bardzo niespodziewany. My byliśmy bardzo ambitni i chętni nowych wyzwań, ale bez jakichś większych dokonań. Pan Andrzej jednak nam zaufał i bardzo szybko doszliśmy do porozumienia. Myślę, że praca nad ITI dużo nas nauczyła, mogę ją porównać wręcz do studiów podyplomowych bądź doktoratu. Oczywiście ważnych budynków było dużo więcej, każdy z innego powodu. Właściwie każdy, z zaprojektowanych budynków jest „ważny” i wnosi coś nowego. Czy czuje się Pan spełniony? Absolutnie nie! Nie wiem czy kiedykolwiek będę mógł tak powiedzieć. Wciąż czuję, że jeszcze mam się czego uczyć i czekam na kolejne ciekawe realizacje i wyzwania. O czym Pan marzy? Marzę o dużym wyzwaniu projektowym z dziedziny związanej z kulturą bądź sztuką. Projekcie, który pozwoliłby mi na „zabawę” z formą. Czy zdarzały się Panu jakieś porażki architektoniczne? Muszę się przyznać do dwóch takich architektonicznych „niewypałów”. Może nie są to aż tak tragiczne projekty, ale nie chciałbym zamieścić ich w moim dossier. Jedna z porażek był budynek ściśle handlowy, gdzie inwestor chciał zaoszczędzić na użytych materiałach, co skończyło się mało ciekawym efektem. Drugą z nich była moja pierwsza realizacja, która powstała jeszcze w trakcie studiów - osiedle na Białołęce. Wszystko było bardzo skrupulatnie przemyślane, kolumny, daszki, wejścia… Jednak podczas mojej nieobecności, kiedy wyjechałem na wakacje, kierownik budowy „przejął dowodzenie” i wyszło z tego coś strasznego. Przypadek ten nauczył mnie, że wakacje są tak samo niebezpieczne dla architekta, jak dla przywódcy totalitarnego państwa. Co Pana najbardziej mobilizuje? Niewątpliwie ciekawy temat. Staram się, na ile to możliwe, projektować różne rzeczy. Trzeba podejmować różnorodne wyzwania, aby praca mogła nas wciąż zaskakiwać i inspirować. Myślę, że wielka prawda zawarta jest w słowach mistrza Zen Suzuki ''w umyśle nowicjusza są tysiące możliwości, a w umyśle eksperta kilka”. Tak samo jest z architekturą. Czasem specjaliści w danej dziedzinie nie potrafią wyjść poza stare, ograne już schematy, natomiast człowiek podejmujący nowy, nieznany mu temat, robi to w sposób świeży i „niewypaczony”. Dzięki temu projekt może być o wiele bardziej odkrywczy. Czy odczuwa Pan już skutki kryzysu? Co może uratować naszą gospodarkę? Czujemy już recesję, ale jak na razie mamy co robić. Nie mam sprecyzowanego pomysłu na walkę z kryzysem. Staram się raczej ufać zdrowemu rozsądkowi. Co więcej myślę nawet, że ten kryzys jest nam potrzebny. Musimy realnie spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość, skończyć z procesem dodrukowywania pieniędzy bez wartości lub robienia rzeczy, na które nas nie stać. Mam nadzieję, że ten czas pozwoli nam zrozumieć, co tak naprawdę jest ważne. Jak to się przekłada na architekturę? Największy problem kryzysu, jeśli chodzi o architekturę, dotyczy „mieszkaniówki”. Koledzy, którzy wyspecjalizowali się w tym kierunku, mają kłopoty. My akurat zajmujemy się różnorodnymi projektami, dzięki czemu nie odczuwamy kryzysu aż tak dotkliwie. Myślę, że kryzys i dla architektury przyniesie dużo dobrego. Powstanie mniej, lepszej jakości i bardziej przemyślanych projektów. A co z biurowcami? Jak na razie biurowce powstają. Ten rynek jeszcze nie jest przeciążony, właśnie wygraliśmy konkurs na projekt dwóch nowych biurowców we Wrocławiu. Myślę, że na razie ten temat jest mocno aktualny. Jest Pan zadowolony z biurowców powstających w Polsce? Od roku, dwóch obserwuję coraz wyższy poziom czołowych projektów biurowców. To napawa optymizmem. Firma projektowa APA Markowski Architekci podkreśla, że posiada w swoim zespole architektów z doświadczeniem zagranicznym, współpracujecie z kilkoma markami działającymi w całej Europie. Dlaczego wciąż podkreślamy tę nadrzędność architektury zagranicznej czy u nas jest aż tak źle? Chyba nie jest aż tak źle, ale z pewnością mamy się czego uczyć. Poziom architektury zachodniej jest zdecydowanie wyższy z wielu powodów. Nie ma się tu czego wstydzić, ale z pewnością trzeba dużo podpatrywać i wyciągać z tego wnioski. Przed wojną w latach dwudziestych, trzydziestych te poziomy były porównywalne, najwyższy czas to nadgonić. Czego Pan zazdrości zagranicznym architektom? Niczego szczególnego im nie zazdroszczę. Dziś oczywiście łatwiej jest tego nie robić. Pamiętam moje pierwsze wyjazdy zagraniczne. Wtedy bardzo zazdrościłem tamtym architektom i wykonawcom możliwości i materiałów, do których mieli dostęp. Dziś dzięki globalizacji, rzeczy te dostępne są także i w naszym kraju, wiec możliwości zrównały się. Świadomie wróciłem do Polski, tu czuję się najlepiej, to kraj o dużym potencjale. Raczej moi koledzy architekci pracujący w Szwajcarii, czy Belgii mają nam czego zazdrościć. Myślę, że gdyby mogli zrealizować choć jeden z kilkunastu projektów, które my robimy w ciągu roku, to byliby bardzo szczęśliwi. Oni z pewnością pracowaliby nad nim co najmniej półtora roku i nieźle z tego żyli. My niestety nie możemy sobie na to jeszcze pozwolić, ale mamy możliwość dynamicznej pracy i ciągłego rozwoju. Idealny architekt to… To z pewnością osoba bardzo wszechstronna. To nie jakiś cyborg zbudowany z jednej ręki Righta, połowy głowy Corbusiera, itd. To raczej osoba o silnej osobowości, mająca duże doświadczenie. Osoba potrafiąca podejmować trudne decyzje, ale będąca bardziej obserwatorem życia niż dyktatorem. Czy ma Pan scenariusz dla swojej architektonicznej przyszłości? Nigdy nie działam według jakichś planów, czy schematów, tworzenie ich nie ma sensu. W Meksyku mówią „chcesz rozśmieszyć Boga pokaż mu swoje plany”, to jest święta prawda, nie da się zaplanować przyszłości. Mam jakieś dalekosiężne marzenia i idee, ale bardziej ufam intuicji. Poza tym obserwowanie życia bywa o wiele ciekawsze od jego wymyślania.
|











